czwartek, 20 sierpnia 2009

A nie mówiłem...?

Obiecałem coś o euro, ale jeszcze chwilę, bo akurat zbliża się czas podsumowań. CBOS opublikował dane o nastrojach Polaków. Nawiasem mówiąc, choć się nieco poprawiły, nie są najlepsze - połowa badanych (50 proc., spadek o 9 punktów) uważa, że sytuacja w kraju zmierza w złym kierunku, a ponad jedna trzecia (36 proc., wzrost o 10 punktów) jest przeciwnego zdania. Zacytuję jeszcze opinie o kondycji polskiej gospodarki:

"O 6 punktów (do 38 proc.) zmalał odsetek badanych oceniających ją negatywnie, a o 5 pkt. proc. wzrósł (do 19 proc.) odsetek tych, którzy uznają ją za dobrą. 40 proc. uważa, że sytuacja gospodarcza jest przeciętna." (źródło: wp.pl)

Tak więc ogólnie należy się ucieszyć, że ludziska nie lamentują, ale przecież Polak zawsze był optymistą, chociaż lubi pomarudzić. Nie takie kryzysy już tu mieliśmy...

Co do stoczni, to miałem rację. Nie wpłacili, a rząd, ustami swego rzecznika mówi, że czarne jest białe i o żadnej dymisji ministra mowy nie ma, bo to przecież jeden z najlepszych ministrów w historii itd itp... Tak więc jeszcze "przeciągnięto" opinię publiczną do końca miesiąca. Minister wie więcej, a być może coś obiecał inwestorowi, o czym nie wiemy, a dotrzymać nie mógł, więc też i pieniędzy na razie nie ma. Mam wrażenie, że do końca sierpnia również ich nie zobaczymy. Tym nie mniej, jakieś ruchy trwają, bo przecież żabę zjeść trzeba. Być może teraz inny inwestor, który zapłaci np. o 1/4 mniej, ale jednak, okaże się nagłym zbawcą stoczni i rząd wmówi nam, że przecież lepszej oferty nie było, a zawszeć to lepsze niż upadłość.

I tutaj bym już polemizował, bo należałoby już dawno ogłosić upadłość, nie reanimować trupa i sprzedać go na licytacji. Wówczas, być może, nie byłoby w tym miejscu produkcji statków, ale jakiś inny biznes, który już wiele lat temu dałby zatrudnienie, prawdopodobnie mniejszej liczbie osób, ale za to realnie. Bo obecnie jest tak, że płacimy za etos, a liczba dotacji i kwoty zainwestowane w rzekome "ratowanie polskiego przemysłu stoczniowego", grubo przekroczyły wybudowanie takiego przemysłu od nowa w zupełnie innym miejscu, bardzo możliwe, że również polskiego, przynajmniej w części...

Fakt, że stoczniowcy znajdowali w takiej liczbie zatrudnienie wynikał tylko po części z faktycznego zapotrzebowania. W normalnej sytuacji, przedsiębiorca na etacie zatrudniałby niezbędne minimum osób, a duża część fachowców pracowałaby na kontraktach. Wtedy zarabialiby lepiej, a firma płaciłaby niższe podatki, ergo - mogłaby płacić więcej i rozwijać się szybciej. A tak, oni udawali, że płacą, zamówień było co kot napłakał, bo koszty rozdmuchane jak balon, więc konkurencyjność żadna, czyli mówiąc w skrócie - socjalizm.

To taka dygresja, ale już dłużej nie męczę i zobaczymy co też zrobi ten, czy inny inwestor. Kupienie stoczni z "wkładką" w postaci załogi i związków zawodowych, które działają w gruncie rzeczy przeciw pracownikom, raczej jest zajęciem mało przyjemnym. W każdym razie ja bym nie kupił... ale może inwestor policzy to jakoś inaczej?



więcej o kryzysie na naszej stronie: nakryzys.com,
a jeśli ktoś chce koniecznie wziąć jakiś kredyt, to zapraszam do porównania ofert w naszym "miasteczku" Bankowo

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz