wtorek, 28 lipca 2009

Obwąchiwanie hipermarketów...

Były minister ochrony środowiska - Stanisław Żelichowski, zaczął się przyglądać hipermarketom, a nawet je obwąchiwać. Przecież ważne, by sprawdzić czasem, czy jakiś swąd się nie unosi, albo, co gorsza, smród... No i znalazł. Okazało się, że w "cywilizowanej" Ewropie markety zysk pokazują kilkunastokrotnie większy niż w Polsce. U nich 10-17%, a u nas tylko 1%. Zatem, albo kryzys u nas większy, albo...?

No, właśnie... kryzysu przecież Ci tam dostatek, a to w Polsce miało być lepiej - jak pokazują statystyki. Tak więc nasz rodzimy specjalista od ekologii, który, co jak co, ale węch ma na łonie przyrody wyćwiczony, wywnioskował, że żadnej teorii względności ("jeden twierdzi, że śmierdzi, a drugi przeciwnie, że pachnie przedziwnie") tutaj być nie może i sieci handlowe mówiąc kolokwialnie "walą nas w rogi". Oczywiście, jak zwykle, na pogrożeniu palcem się skończy, bo przecież ktoś te firmy tutaj zaprosił i chętnie słuchał opowieści, ile to miejsc pracy stworzą, oraz jak będzie pięknie, kiedy w centrach i na obrzeżach miast staną te "gustowne" blaszaki... A że 3000 sklepów spożywczych i 2000 odzieżowych się właśnie zamyka, to co tam... Jakieś koszty kryzysu być przecież muszą. A jak muszą, to będą.

W tej sytuacji PSL, złotymi ustami swego szefa klubu, proponuje poszukać pewniejszych rozwiązań na kryzys. Można znaleźć np. oszczędności w administracji publicznej, znaczy się "odchudzić". Może by też przy okazji odchamić? (To już moja propozycja). No, tak, można powiedzieć, że hasło "zmniejszyć administrację" będzie bardzo skuteczne i parafrazując śp. Jana Kaczmarka z kabaretu "Elita" dośpiewać "Jak się ją takim hasłem przyciśnie, to się zmniejszy i nie piśnie..."

Kolejny pomysł pana Stanisława, to ograniczyć koszty samochodów służbowych. No, pięknie! I jak ekologicznie? Urzędnicy jadą do pracy tramwajem, a jak kogoś stać, to nawet taksówką, może mniej korzystnie dla środowiska, ale się chociaż nie spóźni, więc mniej nerwów u petentów, a przypominam, że służba zdrowia nadal ma limity i do neurologa dostać się trudno. Oj, trudno... A jak trudno, to nie zawsze darmo...

Innym sposobem na zmniejszenie deficytu budżetowego ma być zwiększenie ściągalności podatków. Oczywiście, zawistnicy zakrzykną: "Słusznie! Łupić resztę przedsiębiorców, co się jeszcze ostała! Niech przejdą na zasiłki, tak jak my!"

No i jest sensacja! Pan Premier Jarosław Kalinowski ujawnił, że rok temu zaproponował na spotkaniu koalicyjnym, z udziałem premiera Donalda Tuska, wprowadzenie podatku liniowego z podwyższoną kwotą wolną od opodatkowania. Jak wspomina - "Reakcja moich rozmówców była taka, że jest to nie do rozpatrywania". Tłumaczył, że denerwuje go, gdy politycy Platformy mówią, że nie mogli wprowadzić podatku liniowego, bo sprzeciwiało się temu PSL.

Proszę, "liberałowie pełną gębą" wyłażą z każdej dziury, a rzeczywistość skrzeczy... Teraz to już przyjdzie sobie liną od tego podatku szyję owinąć i skoczyć z mostu chyba, no o ile, oczywiście, pan minister Rostowski nie zaskoczy nas jakimś oryginalnym rozwiązaniem.

A może by tak, zaproponuję nieśmiało, zamiast tych ograniczeń i "oszczędności" zrobić coś z KRUS-em, hm? A wtedy okaże się, że ci urzędnicy, co teraz mamy im ograniczyć służbowe dojazdy do pracy, będą mogli dostać, no może nie po Mybach-u od razu, ale choć po Mercedesie, plus coś na paliwo... a i tak pieniędzy w budżecie zostanie, że ho, ho!









więcej o kryzysie na stronach portalu nakryzys.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz