sobota, 18 lipca 2009

Czy już czas na Amero?

Wczoraj niestety nie dałem rady... Dziś przez chwilę chciałem podywagować na temat Amero.
Sprawa była dość głośna, zwłaszcza w 2007 roku, gdy ukazały się artykuły, także w polskiej prasie, opisujące koncepcję wprowadzenia wspólnej waluty w krajach Ameryki Północnej - USA, Kanada, Meksyk. Pomysłodawcą nowej waluty był meksykański ekonomista, Francisco Gil-Diaz już w 1999 roku, kiedy pojawiło się euro. Mimo braku oficjalnego stanowiska państw, które prowadziły rozmowy na ten temat, mówi się, że w ukryciu przed opinią publiczną, miały miejsce liczne spotkania na najwyższym szczeblu. Kwestia cały czas pozostaje otwarta, choć sprawa wprowadzenia nowej waluty trzymana jest w ścisłej tajemnicy.

Jaka jest prawda, być może przekonamy się wkrótce, jako że w 2007 roku przyjęto ponoć, jako termin wprowadzenia nowej waluty, rok 2010. Oczywiście, choćby z przyczyn proceduralnych, data ta raczej byłaby trudna do utrzymania, a już na pewno nie dałoby się dłużej zachować jej w tajemnicy. Przecież tego rodzaju operacji nie powinno się przeprowadzać z dnia na dzień, choć wymiany pieniądza w różnych krajach pokazały, że to jest możliwe...

Sformułowania "wymiana pieniądza" użyłem nie przypadkowo. Gdyby przyjąć dzisiejsze, hipotetyczne, ale możliwe motywy wprowadzenia Amero, mogłoby to wyglądać właśnie w ten sposób. Kilka lat wstecz Amero miało stać się walutą państw strefy NAFTA, trochę na wzór ECU, aby ułatwić obrót handlowy wewnątrz wspólnoty. Obecnie, kiedy Stany Zjednoczone stanęły w obliczu kryzysu, którego skala przerosła oczekiwania większości ekonomistów, możliwość "ucieczki" w inny pieniądz jawi się jako jeden z wariantów planu ratunkowego dla gospodarki USA. Spekulacje, czy Amero mogłoby zastąpić dolara nie są wbrew pozorom całkowicie oderwane od rzeczywistości. Stan finansów państwa i rosnące zadłużenie, które sprawiało, że już co najmniej 3 lata temu wierzyciele USA mogli poczuć narastający i uzasadniony ze wszech miar niepokój, był przecież prezydentowi doskonale znany. Wprawdzie, kiedy się patrzy na posunięcia kolejnych przywódców USA, można odnieść wrażenie, że ktoś ich celowo wprowadzał w błąd, bo niemal każdy, licząc od 1975 roku, powiększał zadłużenie budżetu, często w sposób bardzo spektakularny, np. Ronald Regan już w czwartym roku prezydentury przekroczył o 300% dług, z jakim przejął gospodarkę. Zadłużenie w 1980 roku, ostatnim w kadencji J.Cartera, wynosiło 85 bilionów dolarów, zaś w 1984 - już 252 biliony. Oczywiście, ma to swoje uzasadnienie - powrót zimnej wojny, zwiększone wydatki na zbrojenia itd... W kolejnych latach bywało przejściowo nieco lepiej. Co ciekawe, zwykle za kadencji prezydentów z partii Demokratów, choć powinno być odwrotnie, ale to temat poboczny.

Wracając do głównego wątku, jeśli prezydent George W. Bush miał świadomość, że polityka zwiększonych kosztów państwa, w jego przekonaniu uzasadniona okolicznościami (walka z terroryzmem na kilku frontach i chybione pomysły na gospodarkę, połączone z "wielką pomyłką" Alana Greenspana) jest mimo wszystko słuszna, to mógł spróbować się zaasekurować. Wierzyciele, głównie Chiny i Japonia, ale też szereg innych państw, może w końcu powiedzieć "stop" i poprosić o wykupienie ich wierzytelności. W zasadzie, można by zrobić wówczas to, co się w Stanach robi już od wielu lat, czyli po prostu wydrukować więcej "zielonych papierków". Tyle, że to mogłoby doprowadzić do uzasadnionego gniewu wierzycieli, którzy nie zechcą dłużej być żyrantami bankruta. Wystarczy, że kraje OPEC przyjmą kurs "na euro" i kłopoty USA mogą zacząć narastać w postępie geometrycznym. Dewaluacja dolara np. o 50%, co jeszcze mogłoby nie wystarczyć, postawiłaby kraj oraz jego obywateli w pozycji, którą znamy już z Argentyny, tylko że USA są federacją i państwem, w którym w zasadzie nie ma czegoś takiego jak narodowość amerykańska i należy o tym pamiętać. Pojęcie "tożsamości narodowej" nie wygląda w USA identycznie, jak w Niemczech, Polsce, czy nawet we Francji, gdzie problem imigrantów z dawnych kolonii i ich asymilacja, jak mieliśmy się okazję już wielokrotnie przekonać, nie przebiega w sposób płynny i łagodny... Tak więc "operacja" wymiany pieniądza miałaby prawdopodobnie o wiele bardziej brzemienny w skutki przebieg niż w Argentynie, a już jej wpływ na gospodarkę światową nawet trudno sobie wyobrazić.

Kiedy obecnie tysiące obywateli supermocarstwa mieszkają pod namiotami i przypominają się czasy, gdy śmialiśmy się z prowokacji Jerzego Urbana, który chciał wysyłać nowojorczykom śpiwory. Wg organizacji Food Bank of New York City aż ponad 1/3-ej mieszkańców miasta w ubiegłym roku brakowało pieniędzy na jedzenie, a to już nie jest wcale śmieszne. Wyobraźmy sobie, że liczba 3 mln mieszkańców metropolii wzrosłaby nagle dwukrotnie i tak stałoby się w wielu miastach Ameryki...

Amero, jako waluta zamienna, mogłaby pozwolić uniknąć częściowo zapaści, bo choć wprowadzenie jej miałoby na celu właśnie "oddłużenie" państwa, to jednocześnie realizowałoby postulaty połączenia Ameryki jaki kontynentu w jeden polityczno-ekonomiczny organizm, oraz umożliwiało nowe otwarcie. Start bez obciążeń... ale o tym już jutro. ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz